Stanisław Rażniewski był absolwentem Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu, trenerem narciarstwa i tenisa. Instruktorem-wykładowcą narciarstwa PZN, założycielem Szkoły Narciarskiej Aesculap. W czasie swojego długiego życia (zmarł w wieku 90 lat) pełnił wiele funkcji i wykonywał różne zawody. Między innymi: w latach 1949-51 był miejskim inspektorem kultury fizycznej we Wrocławiu, 1951-54 pracownikiem Wojewódzkiej Rady Narodowej we Wrocławiu, od 1954 roku był trenerem KS „Stal” Cieplice. Nauczycielem w szkołach w Jeleniej Górze. Byłym rzeczoznawcą Towarzystwa Urbanistów Polskich. Był pomysłodawcą i realizatorem budowy Mikrostacji Sportów Zimowych i Letnich Łysa Góra-Dziwiszów im. Teresy i Stanisława Rażniewskich. Rozbudowywał korty tenisowe i halę sportową NKS Spartakus w Jeleniej Górze. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz Złotym Krzyżem Zasługi. Zmarł 26 marca 2013 roku.

Wspomnienie o Stanisławie Rażniewskim


MAESTROWE NARCIARSTWO

Charakter człowieka w dużej mierze kształtuje się poprzez spotykanie innych ludzi. Czasem jedno zdanie usłyszane od przypadkowej osoby potrafi wiele zmienić. Ważne jest, żeby spotykać dobrych ludzi, takich, którzy mają coś do powiedzenia, do przekazania, którzy wymagają. Spotkałem w swoim życiu wielu dobrych ludzi. Tu wspominam tego, którego zobaczyłem po raz pierwszy, gdy byłem wtedy w szóstej klasie szkoły podstawowej. I potem spotykałem go przez kolejne 7 lat. Uczył mnie narciarstwa. Jego, Maestrowego narciarstwa. Miało ono wymiar nie tylko sportowy, czy też techniczny w zakresie umiejętności posługiwania się nartami. Jego narciarstwo to było również koleżeństwo. Uświadamianie faktu, że nie jest się samemu na stoku. Że można liczyć na pomoc innych, ale i samemu trzeba być gotowym do niesienia pomocy. Że bez względu na swoje umiejętności trzeba liczyć się z obecnością innych narciarzy. Pokazywał, że w górach nie tylko świeci słońce, chodzi wyciąg i jedzie się z góry, a trasa jest gładka i twarda. Często wieje wiatr, pada deszcz, jest mgła, wyciąg stoi i jest pod górę, a w slalomie są dziury po pas.

Pokazywał, że w góry na narty można iść w każdą pogodę i zawsze mieć satysfakcję, lecz jej nie będzie, jeśli nie włoży się najpierw choćby najmniejszego wysiłku. Oczywiście początkowo jako dziecko buntowałem się przeciwko temu. Ale w miarę dorastania zacząłem zauważać wartości, które w ten sposób chciał mi przekazać. Potem, już jako student, później osoba pracująca zawodowo, wreszcie mąż i ojciec dzieciom napotykałem różne przeciwności życia i jestem przekonany, że to właśnie w dużej mierze dzięki tym spotkaniom i tym lekcjom takiego właśnie narciarstwa mogłem stawić czoła losowi w trudnych momentach. Zachęcił mnie, by zostać pomocnikiem instruktora, a potem instruktorem. Ostatnie dwa lata z owych siedmiu, to już było poważniejsze narciarstwo, bo powierzał mi grupę uczniów. To pod jego okiem uczyłem się brać na siebie odpowiedzialność. Wymagał zawsze przygotowania do zajęć, co trzeba było udokumentować konspektem na piśmie. A potem oceny tych zajęć na koniec dnia. I to również mi się przydało potem w życiu. I jeszcze to niezwykłe poczucie humoru, czasem wręcz dezynwoltura, jak teraz widzę – zupełnie zamierzona. Bo nieraz przychodziło mu rozładować atmosferę napiętą spóźniającym się autobusem, kiepską pogodą lub z powodu długiej kolejki do wyciągu. Tak, to też było jego narciarstwo.

Dziś już mało kto jeździ na nartach w takich miejscach, jak Smogornia, Kocioł Małego Stawu, Kocioł Łabskiego Szczytu, nie mówiąc już o takiej egzotyce, jak Kocioł Szrenicki. Po prostu nie wolno. Może kiedyś się to zmieni. Ale dzięki niemu miałem okazję tam bywać na nartach przed laty, za swojej młodości i zaznać takich widoków i wrażeń, które zapadają na długo w pamięć. Gigant nad Samotnią … slalom w szyjce Kotła Łabskiego albo zjazd na kreskę od jego połowy, żeby jeszcze skoczyć przy wyjeździe na przeciwstoku…

Ostatniej lekcji narciarstwa, o jakie dziś już trudno, udzielił mi po długich latach, gdy był już mocno schorowany, niedowidzący i poruszający się z trudem. Czternaście lat temu, podczas pogrzebu mojego ojca, stanął przede mną kruchy i mocno posiwiały ale wyprostowany, wysoki. Gardło miałem ściśnięte i mogłem tylko wypowiedzieć: „-Maestro”… I przywarłem do niego całym ciężarem. Jak on to wytrzymał w tej swojej chorobie, że w ten trudny dla mnie czas był dla mnie tak mocnym, czułem to wyraźnie, oparciem? Późnym marcem, w przedwielkanocne południe, pożegnałem dobrego człowieka, przez wielu zwanym Maestro bez cienia jakiejkolwiek złośliwości czy zadęcia, słowem wypowiadanym, jak imię. Pożegnałem go wraz z kolegami, którzy również w tym samym czasie, co ja, zaznali Maestrowego narciarstwa i każdy z nich wie, w swoim osobistym doświadczeniu, co ono dla nich znaczy.

Autor: Marcin Maj


PAN MAGISTER

Miałem prawie 11 lat i chciałem nauczyć się jeździć na nartach. Wiadomo, w pobliżu mamy góry, a nawet przy domu pagórki, do których zimą mnie ciągnęło, gdy wracałem ze szkoły. Niektóre chłopaki dobrze sobie dawały radę na stromych stokach a ja? Tak sobie…, chciałem im dorównać. Miałem już za sobą doświadczenia w narciarstwie, ale negatywne. Poprzedni instruktor nie chciał uwzględnić mojego wieku i sił, i dobierał mi źle zadania. To mnie prawie zniechęciło do gór i nart.

Jednak moja Mama namówiła mnie, abym spróbował swoich sił w AESCULAPIE. Poznałem tam wielu kolegów i koleżanek. Zajęcia rozpoczęliśmy jesienią od tzw. suchej zaprawy na sali gimnastycznej. Były też jesienne niedzielne wycieczki w coraz to wyższe góry i oczekiwanie na przyjście zimy. Była też giełda sprzętu narciarskiego i fachowe doradztwo, dzięki któremu każdy mógł sobie dobrać narty i kije o właściwej długości. Poprzednio, w wieku lat 10 jeździłem na nartach 195 cm, co nie mogło dać dobrych wyników. Teraz miałem o 15 cm krótsze, tzw. „plastiki” z ostrymi krawędziami, buty wiązane na sznurówki. Od razu przyniosło to postępy. Jazdę zaczynaliśmy na Górze Szybowcowej, tej samej, gdzie w poprzednim sezonie na początku zgubiłem nartę w zaspie i znaleziono ją dopiero na wiosnę. Wiązań wtedy nikt mi nie pomógł wyregulować. Czułem na początku respekt przed tym stokiem, ale po dwóch – trzech wyjazdach poczułem się tam znacznie pewniej. Moją instruktorką była pani Teresa Rażniewska. Polubiłem ją szybko, bo była sprawiedliwa. Gdy robiłem postępy – chwaliła, gdy mi nie wychodziło – pocieszała. Szybko nauczyła mnie skręcać. Po roku przeszedłem do grupy „Asów” pod kierunkiem p. mgr Stanisława Rażniewskiego, męża Pani Teresy. Było to dla mnie wielkie wyróżnienie.

Pan Stanisław był instruktorem wykładowcą narciarstwa. Szkolił nas tak, że najpierw tłumaczył, co to za ewolucja, po co jest, co nam daje, do jakich warunków się nadaje, potem nam ją demonstrował, często dzielił na etapy i pokazywał ćwiczenia metodyczne – pomocnicze, aby łatwiej było się jej nauczyć. Pamiętam, że ćwiczyliśmy jazdę w Kotle Łabskiego Szczytu w dość trudnych warunkach – np. jazdę w układzie „odstokowym”, krystianię z odbicia, ześlizg. Na „Odrodzeniu” w czasie niezapomnianych zimowisk ćwiczyliśmy znowu śmig i jazdę po muldach. Także jazdę na tyczkach. Po zmroku, pod opieką dorosłych chodziliśmy na „nocne wycieczki”, niezbyt długie, ale urocze. Gwiazdy i księżyc świeciły niezwykle jasno w czystym górskim powietrzu, a w dole Kotlina Jeleniogórska jarzyła się świetlistym dywanem. Zawiązaliśmy trwałe przyjaźnie. Pan Magister, bo tak Go tytułowaliśmy miał taki kwiecisty, barwny styl mowy i wykładu, aby każdy mógł go dobrze zrozumieć. Przejmowaliśmy jego powiedzonka. Np. krzyczał „pełna rura!”, co dziś może budzić różne skojarzenia, ale wtedy oznaczało „daj z siebie wszystko, pełen gaz”. Używał też terminu „jazda na agrafkę”, co miało chyba oznaczać odpowiedni układ ciała podczas skręcania. Gdy podczas jazdy „śmigiem” nie używaliśmy krawędzi nart (co jest błędem), mówił: ale pędzlujesz – jesteś „pędzelmistrz”. Taki tytuł zdobyłem sobie u Pana Magistra w pewnym etapie nauki i robiłem wszystko, aby tę hańbę zrzucić z siebie. Było takich „pędzelmistrzów” w grupie „Asów” więcej. Inne pouczenia, to „trzymaj układ, nie kładź się na stok, nie jedź na tyłach” – są dla nas, adeptów sztuki narciarskiej w pełni zrozumiałe. Gdy u kogoś widzimy dziś te błędy, to właśnie tak do niego mówimy: „nie siedź na tyłach”, bo to najlepiej oddaje istotę rzeczy.

Wielu z nas dzięki Panu Stanisławowi zostało instruktorami narciarstwa, bądź pomocnikami instruktora (jak ja) lub demonstratorami. Wielu poszło ścieżką „zawodniczą”, jeszcze inni woleli jazdę rekreacyjną. W AESCULAPIE nikt nie kazał nam być tym, do czego się nie nadawaliśmy. Każdy wybierał jaki typ narciarstwa mu odpowiada. Były ćwiczenia z jazdy „na tyczkach” i dawały one najwięcej. Nawet tym, co nie lubili rywalizacji sportowej. Były zawody szkolne. Dało się przeżyć. Niektórzy do tej pory trzymają dyplomy i medale z tych zawodów jak największy skarb. Pan Magister miał dewizę „Wychowanie przez góry dla gór”. Starał się nam zaszczepić miłość i szacunek do gór. Nauczył nas rozsądnego zachowania w górach, oceny ryzyka, przezorności, współpracy zespołowej, pomocy wzajemnej. Te cenne umiejętności wykorzystujemy w górach i nie tylko – z powodzeniem do dziś. Nauczył nas także stawiania sobie wysoko poprzeczki i wytrwałości. Często w górach był tłok na wyciągach. Nie zrażało to nas. Po prostu braliśmy narty na plecy i szliśmy na piechotę do schroniska czy w wyższe góry, gdzie były mniejsze kolejki. Nie zniechęcał nas deszcz ani wiatr w górach. Narty wynagradzały nam złą pogodę. Pamiętam jeden wyjazd. W poniedziałek wielkanocny (już po ukończeniu AESCULAPA) pojechaliśmy z Marcinem do Szklarskiej Poręby. Na dole spadło 20 cm mokrego śniegu, a w górach – z pół metra. Oczywiście wyciągi nie chodziły, mgła, zamieć… Podeszliśmy więc na piechotę na szczyt Szrenicy trzy razy ze stacji pośredniej wyciągu, aby potem zjechać z niej w dziewiczym puchu grubości 50 cm. Podczas ostatniego zjazdu chmury znikły i zaświeciło pięknie słońce. Wrażenia niezapomniane! Puste góry, śnieg i jazda! Gdybyśmy nie opanowali dobrze techniki w każdych warunkach, pewnie byśmy zrezygnowali z tej eskapady. Warto wspomnieć też o wakacjach letnich z AESCULAPEM. Wyjazd nad jezioro, żagle, wycieczki piesze, kąpiel, ogniska. Pod dobrą opieką, w miarę tanio. Nauczyłem się też w Szkole Państwa Rażniewskich żeglowania. Były też zajęcia z windsurfingu!

Pan Magister zawsze nas traktował z szacunkiem. Lubiliśmy Go bardzo. W dodatku często nas rozśmieszał, więc zajęcia z Nim były samą przyjemnością i zapamiętywaliśmy łatwo cały materiał. Miał swoje śmiesznostki, jak nam się wtedy wydawało. Potrafił idąc z plecakiem i nartami zatrzymać się przy ruchliwej ulicy (1 Maja) i zrelaksować się robiąc tzw. „stójkę na barkach”. Nogi do góry, plecy podparte przedramieniem zgiętym w łokciu pod kątem prostym. Bo nogi i kręgosłup musiały odpocząć. Teraz, mając już któryś tam krzyżyk, lepiej to rozumiem. Przyszedłem do AESCULAPA jako chłopiec, zakończyłem naukę narciarstwa mając 18 lat. Poszedłem na studia na Politechnice Wrocławskiej. Po ich ukończeniu wróciłem do szkoły pp. Rażniewskich i pracowałem tu jako instruktor przez 1 sezon. Potem grypa pokrzyżowała dalszą pracę, ale na nartach jeździłem jeszcze długo. Zacni Państwo Rażniewscy nie zapomnieli o swoim dawnym uczniu i zaprosili do szkoły moich dwóch synów ( 7 i 10 lat). Zasponsorowali jednemu z nich naukę przez cały sezon. W tym czasie moi chłopcy nauczyli się jazdy na nartach tak, że mogłem z nimi śmiało jeździć po całych Karkonoszach.

Pan Magister poszukiwał miejsca na własny stok narciarski. W górach zawsze było za mało wyciągów i wiecznie był tłok. Rzecz to była niełatwa do osiągnięcia w polskich (PRL-owskich i nie tylko) warunkach. W końcu udało się kupić stok, na Łysej Górze, zbudować wyciągi, schroniska, parking, drogę dojazdową, zakupić ratraki, naśnieżanie, zatrudnić personel do obsługi wyciągów. Trwało to wiele lat. Obecnie Szkołą kieruje Michał Rażniewski, syn Pana Magistra. Często zaglądam na stronę „www” AESCULAPA i widzę, że szkoła żyje i uczy nowe pokolenia, a stok choć niezbyt stromy, nadaje się do nauki jazdy. Sam tam lubiłem się poruszać do niedawna. Niestety obecnie zdrowie nie pozwala mi na dalszą jazdę na nartach, ale nie załamuję się. Zawsze w duszy będę narciarzem. Szkoła AESCULAP wychowała przez kilkadziesiąt lat swego istnienia wielu narciarzy, ludzi kochających narty i góry. Ludzi, którzy nauczyli się pokonywać trudności. Wielu z nas, może nieświadomie, ale wybierało później taką drogę życia, aby było nas stać na uprawianie tego drogiego przecież sportu. Trzeba było zdobyć tytuł lekarza, inżyniera, magistra, itp., aby móc sobie pozwolić na dobry sprzęt i czasem dalekie wyjazdy w Alpy, Karpaty, nawet na inne kontynenty. Państwo Rażniewscy byli tymi, którzy wywarli bardzo pozytywny wspływ na nasze wychowanie. Dziś jesteśmy im za to wdzięczni. Ten dług chcielibyśmy choć trochę spłacić. Pan Magister Rażniewski już odszedł. Żegnaliśmy Go w Wielką Sobotę 2013r na cmentarzu w Sobieszowie. Spoczywa pod górami, które kochał. Byłoby bardzo słuszną sprawą nadać Jego imię jakiejś ulicy czy skwerowi w Jeleniej Górze. To samo dotyczy Jego małżonki, Pani Teresy. Jedno bez drugiego nie dałoby rady w pojedynkę tego osiągnąć. Zatem rzucam pomysł: Rondo Rażniewskich albo Ulica Teresy i Stanisława Rażniewskich – byłoby uznaniem wkładu jaki wnieśli w dzieje naszej małej ojczyzny.

Autor: Mirosław Ludorowski

Share on Facebook53Share on Google+0Tweet about this on Twitter
Podziel się